Księga Gości
looknij
naskrob


Archiwum

2006
luty
2005
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



Linki

*Organizacje*
*PETA People for Ethical Treatment of Animals
*Fundacja "TARA" Schronisko dla koni
*RSPCA The Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals
*TOZ Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami

*Schroniska i akcje adopcyjne*
*Fundacja Opieki nad Zwierzętami "Canis"
*Stowarzyszenie Przyjaciół Zwierząt "AMICUS"
*Schronisko w Bydgoszczach
*Schronisko we Wrocławiu
*Schronisko w Opolu
*Azyl pod Psim Aniołem Warszawa
*Schronisko w Mielcu
*Schronisko na Paluchu
*Kocie życie

*Bratnie blogi*
*Na ratunek koniom
*Pomoc zwierzętom
*Kazdy moze pomoc Nie jestes sam na swiecie, sa jeszcze inni
*S.M.Y.C.Z Pomózmy zwierzetom i ludziom!!
*O.B.R.O.Ż.A Blog obrończyń zwierzaków
*W obronie zwierząt ...Nadzieja przychodzi wraz z tobą
*Świat zwierząt Blog Visenny
*Psinka Gdyby zwierzęta wierzyły w Boga, Szatan miałby oblicze człowieka
*Blog OBZS - Obrońcy Zwierząt Szynszylki

*Ochrona praw zwierząt i praw człowieka*
*Jak powstaje futro Film - BARDZO drastyczny!!!
*Warto zobaczyć!!!
*Następny szokujący film Kwiki rozpaczy
*Biblioteka praw zwierząt i ludzi
*Federacja zielonych
*STOP wiwisekcji!!!
*Eksperymenty na zwierzętach Chcesz wiedzieć więcej?? - wejdź!!
*Lista firm NIE testujących na zwierzętach!!!
*Wiwisekcja - Does This Look Like Science to You...? Zdjęcia - drastyczne
*Teledysk Coś dla ludzi o mocnych nerwach
*Aborcja To matki swoim dzieciom zgotowały ten los
*Historia Tuptusia




****************
Banery!
****************



Schroniska i akcje adopcyjne
****************

Adopcje tchórzofretek
****************
Schronisko w Wieluniu
****************
Schronisko "Kundelek" - Rzeszowskie Stowarzyszenie Ochrony Zwierząt
****************
Schronisko dla zwierząt w Gdańsku
****************
Schronisko w Korabiewicach
****************
Schronisko dla bezdomnych zwierząt "Azyl"
****************
Kot czeka!!
****************
Adopcje królików
****************
Stowarzyszenie Pomocy Królikom
****************
Fundacja "Ostatnia szansa" Bożeny Wahl
****************
Schronisko w Poznaniu
****************
Psy w potrzebie
****************



Organizacje i Stowarzyszenia
****************

animal-liberation.pl
Animal Liberation
****************
Fundacja "Felis"
****************
Włochaty - Nie damy zniszczyć naszego świata!
****************
Zena - obrona praw ludzi i zwierząt
Jedna z najlepszych stron w sieci
****************
Frąt Wyzwolenia Zwierząt
Zapada głęboko w pamięć!
****************
Nieformalna Grupa Pomagająca Zwierzętom
****************
..::Stowarzyszenie "Empatia"::..
Cyrk bez zwierząt!
****************
Klub "Gaja"
****************
.:.::Wypnij się na futro::.:.
****************
Kampania "Szkoło nie ucz znieczulicy!"
****************
Ratujmy wilki!!!
****************
Stowarzyszenie "Arka"
****************
Viva - Akcja dla zwierząt
****************
Fundacja Pegasus!
****************
Podasz łapę??
****************
Biblioteka Anarchisty!
****************


*TOPlisty*
*TOPlista "Naj.najlepsze" *Toplista najlepszych blogów w Polsce *TOPlista "Moniczka" *TOPlista "Elizurka" *TOPlista "Best blogs" *TOPlista "Koradka" *TOPlista "Najblogi" *TOPlista "Blogownia" *TOPlista "Blog.najlepsze"




blog.pl
Największy przyjaciel???



Spójrzmy prawdzie w oczy: za setki pogryzień i coraz liczniejsze przypadki śmierci w wyniku ataku agresywnego psa winę ponoszą nieodpowiedzialni właściciele.

Moda na agresywne rasy, szczucie zwierząt oraz niewprawna, rygorystyczna tresura zmieniają domowe „maskotki” w morderców. Kampania wymierzona przeciwko psom mordercom, zainicjowana przez dziennik „Fakt”, to szczyt głupoty. Specjaliści alarmują: zawsze winni są ludzie!
Warszawa: 15-letnia Ela we własnym mieszkaniu została zagryziona przez amstaffa. Zdaniem sąsiadów, ojciec dziewczynki tresował zwierzę do nielegalnych walk psów. Poznań: w szpitalu zmarła pięciomiesięczna dziewczynka, którą zaatakował rottweiler należący do jej dziadków. Suwałki: 7-letnia Bożenka została dotkliwie pogryziona przez dużego kundla, którego właścicielka wyprowadziła na spacer bez smyczy i kagańca. Dziecko ma głębokie rany na twarzy. Właścicielka psa uciekła.
To tylko niektóre wypadki z udziałem psów, jakie wydarzyły się podczas tegorocznych wakacji. Woda na młyn dla brukowców, które zaczęły rozpisywać się na temat trzymanych w domach „bestii”. Niektórzy właściciele czworonogów panikują i oddają psa do schroniska. Co bardziej leniwi – porzucają na ulicy lub w lesie. Inni z kolei, z niezmienną niefrasobliwością, wyprowadzają zwierzę bez kagańca i smyczy i lekceważąco uspokajają zatrwożonych przechodniów: „On nie ugryzie”.



Porzucony
Zarówno jedna, jak i druga postawa świadczy o skrajnym braku odpowiedzialności. Po ulicach i parkach biegają samopas psy, które mogą stanowić zagrożenie dla ludzi – rzecz niespotykana np. w Niemczech. Z drugiej strony, do schronisk coraz częściej trafiają amstaffy, rottweilery, pit bulle czy mieszańce nagle uznane przez ludzi za niebezpieczne. Tymczasem dla psa od lat żyjącego z panem pod jednym dachem nagłe rozstanie bywa gorsze niż uśpienie. Zwierzę przeżywa ogromny stres, a dodatkowo jest narażone na atak innych psów, które niełatwo akceptują nowego osobnika. Podkręcana przez media spirala lęku przed psami uderza też w same zwierzęta. Tymczasem – jak twierdzi Andrzej Jaworowski, dyrektor krakowskiego schroniska przy ulicy Rybnej – za agresywne zachowanie psów wyłączną odpowiedzialność ponoszą ich właściciele.
– Nasze schronisko jest przepełnione. Co miesiąc trafia tu około dwieście nowych zwierząt, które bądź znudziły się ludziom, bądź zaczęły przeszkadzać. Właściciele zapominają, że zwierzę to czująca istota, która ma swoje potrzeby i charakter. Zawsze będę powtarzał, że pies z natury jest przyjacielem człowieka i tylko człowiek może wychować go na mordercę – przekonuje Jaworowski.



Krewny wilka
Agresywne zachowania zwierząt często wynikają z bezgranicznej głupoty właścicieli. Zamknięte na całe dnie w ciasnym mieszkaniu i przekarmione wysokoenergetycznym pożywieniem – czworonogi nie mają gdzie i jak rozładować nadmiaru energii. A instynkt nakazuje im biegać i skakać, więc w zabawie mogą rzucać się na domowników i – nie kontrolując własnej siły – nawet dotkliwie pogryźć. Przedstawiciele Związku Kynologicznego w Polsce apelują: pies to drapieżnik – taką ma naturę. Choć bywa posłuszny, nie zapominajmy, że to krewny wilka. Pies jest przyzwyczajony do życia w stadzie o ustalonej hierarchii.
– To właściciel musi panować nad zwierzęciem, czyli być osobnikiem alfa w domowym stadzie, a nie odwrotnie. Zwierzęcia nie należy nadmiernie rozpieszczać, ale i nie strofować bez potrzeby – stwierdza Anna Mancarz, administrator Miejskiego Schroniska dla Zwierząt w Lublinie. – Za okazane mu dobro pies odwdzięczy się przywiązaniem, a za nieuzasadnione zło – agresją – dodaje pani Anna i przypomina historię pięknego doga de Bordeaux. W okresie szczenięcym był przez właściciela dotkliwie „tresowany” kijem. Lata mijały, przedmiot tortur odszedł w zapomnienie. Pech chciał, że pewnego dnia pan wyszedł z tym samym kijem do ogrodu. Pies niespodziewanie zaatakował mężczyznę. Najprawdopodobniej na widok kija przypomniał sobie ból i powodowany lękiem zastosował najprostszą metodę obrony – atak. Po tym incydencie zwierzę trafiło do uśpienia. A gdzie powinien trafić właściciel?



Obława
W łódzkim schronisku dla zwierząt przy ul. Marmurowej do końca roku będzie można za symboliczną złotówkę przygarnąć bezdomnego czworonoga. Akcja ma na celu znalezienie domu dla jak największej liczby zwierząt.
– Wziąć psa może każda pełnoletnia, trzeźwa osoba, ale zawsze staramy się doradzać takie zwierzę, które byłoby dla niej najlepsze. Teraz panuje moda m.in. na rottweilery. Niektórzy ludzie, mimo naszych ostrzeżeń, upierają się, że chcą mieć „wielkiego misia”. I potem musimy jeździć z interwencją, bo okazuje się, że „miś” sterroryzował całą rodzinę. Tak było w przypadku rottweilera Grubego (fot. u dołu), którego odebraliśmy, bo nikomu nie pozwolił wejść do kuchni. Tymczasem w schronisku upodobał sobie jednego z pracowników i jest mu absolutnie posłuszny. Jak widać, nie każdy pies jest dla każdego – opowiada Małgorzata Włodarczyk – główny specjalista do spraw organizacji.
Naszą rozmowę przerywa telefon. Po ulicy Łagiewnickiej, w pobliżu szkoły, biegają dwa wielkie psy. Przestraszeni przechodnie zaalarmowali straż miejską, a ta – schronisko. W ciągu kilku minut organizuje się obławę. Weterynarz i kilku pracowników schroniska ruszają do akcji. Odławianie agresywnych psów polega na strzeleniu do nich pociskiem ze środkiem nasennym. Po godzinie na Marmurową trafia jeden owczarek niemiecki i jeden amstaff (fot. u góry). Obydwa bez kagańca, za to jeden w modnej kolczatce na szyi. Po właścicielach ani śladu.
Kilka minut później po poradę przychodzi młoda kobieta, która przygarnęła amstaffowatą sukę porzuconą w piwnicy i zawiniętą w poszewkę. Zwierzę jest spokojne, ale bardzo smutne. Podobno poprzedni „pan” ćwiczył ją kablem i przypalał papierosami.
– Rocznie do naszej placówki trafia średnio trzy tysiące czworonogów. Niekiedy w bardzo ciężkim stanie.
Jakie to daje świadectwo o ludziach, którzy ciągle traktują zwierzę jak zabawkę? Uważam, że małe dzieci już od przedszkola powinno się uwrażliwiać na los zwierząt. Im mądrzejsi właściciele, tym mniej agresji wśród zwierząt – kwituje dr Roman Owecki, dyrektor łódzkiego schroniska.
I trudno z nim polemizować.

Małgorzata

Tekst zaczerpnięty z "Fakty i Mity" nr 39(291)






krzyczaca-w-ciemnosci 2006-02-07 11:06:57
skomentuj (9)
Zwyciężaj albo giń - walki psów




Krwawe pojedynki psów odbywają się w Niemczech nawet co kilka dni. Zwierzęta walczą w nich o życie, a ich właściciele o duże pieniądze. Stawki w nielegalnych zakładach sięgają nawet setek tysięcy euro.

Choć Sean M. zastrzelił już setki psów, to jednak niektóre z nich pamięta całkiem dobrze. Na przykład Kimmy i Corley – siostry rasy pitbull. Obie zabił tej samej nocy i zagrzebał w zagajniku na skraju dolinki. – Było przeraźliwie zimno – wspomina Sean – a ja nieźle wstawiony. Również Trouble wciąż stoi mu przed oczami. Był pierwszym pitbullem, którego Sean, Niemiec irlandzkiego pochodzenia, zastrzelił na swojej sekretnej posesji. Gdy ciężko poranione w walce na śmierć i życie zwierzę przeżuwało ostatni kęs psiej karmy, wsadził mu w kark kulę ze swojego magnum kaliber 44.


Po pewnym czasie zabijanie stało się dla niego rutynową czynnością. To dlatego zalesiony kawałek ziemi, na którym stoi teraz Sean i opowiada o sobie, kryje setki psich szkieletów. To sekretne miejsce znajduje się przy autostradzie nr 27 między Bremą a Cuxhaven, w północno-zachodnich Niemczech. Jest wystarczająco oddalone od wioski, by nie było słychać strzałów. Dlatego właśnie tutaj ten potężnie zbudowany i wygolony na łyso mężczyzna założył cmentarz dla swoich psich morderców.


Rodzinna tradycja
Większość z nich to psy bojowe, które przegrały swoją ostatnią walkę. Mniejszość to zwycięzcy, jednak zbyt poważnie poranieni, by dalej uczestniczyć w krwawych turniejach. Walki psów odbywają się w Niemczech w prawie każdy weekend. Często na terenie Meklemburgii-Pomorza Przedniego, ale również za granicą, przede wszystkim w Holandii. Tuzin mężczyzn zbiera się wokół ogrodzonego terenu o wymiarach cztery na cztery metry, będącego polem walki, i obstawia. Stawki osiągają nieraz wysokość małych fortun. „Gra” toczy się wówczas o sześciocyfrowe sumy w euro. Dzieje się tak wtedy, gdy przyjeżdżają pośrednicy w handlu nieruchomościami, właściciele salonów samochodowych lub miejscowi notable.


Walkom przyglądać się może tylko ktoś, za kogo poręczono, gdyż ich organizatorzy łamią prawo o ochronie zwierząt. Grozi za to więzienie. Ponadto przed czterema laty, gdy mieszaniec pitbulla rozszarpał w Hamburgu sześcioletniego chłopca, wszystkie landy RFN wydały rozporządzenia zakazujące hodowli oraz ograniczające możliwość trzymania psów bojowych. Nie wolno ich także sprowadzać z zagranicy. Oczywiście Sean, tak jak jego koledzy, znalazł na to proste rozwiązanie. Pojechał do swojego weterynarza w Hamburgu, sporo zapłacił, ale od ręki załatwił wpisy do książeczek szczepień, stwierdzające, że jego psy to nie pitbulle, lecz buldogi amerykańskie. A ta rasa uchodzi za mniej niebezpieczną.



Sean pochodzi ze starej rodziny hodowców psów. Jego dziadek miał w Irlandii pitbulle. Wówczas cała wieś przychodziła oglądać walki, nawet proboszcz i policjant. Z kolei ojca uważano za jednego z największych „matadorów” w tym środowisku. Posiadał 150 psów.


Mimo że Sean wychował się u swojej matki pod Hamburgiem, w pewnym momencie postanowił kontynuować rodzinną tradycję. Swoje pierwsze pitbulle zaczął hodować przed 14 laty. Potem ruszył z nimi na areny psich walk. Jego „stado” systematycznie się powiększało. W pewnym momencie dochował się aż 250 zwierząt. Kiedy któreś z nich przegrywało lub nie nadawało się już do dalszych walk, po prostu zabijał je strzałem z pistoletu. – Ktoś, kto ma słabe nerwy, nie powinien nawet próbować wchodzić w ten „sport” – przestrzega Sean.


Enerdowski trening
Pierwszy pies bojowy Seana wabił się Vanny. Właściciel przez sentyment zostawił go przy życiu. Twierdzi bowiem, że pies nikomu nie mógłby zrobić krzywdy. Jego koszyk stoi w pokoju dziecinnym syna. – Wyhodowaliśmy rasę z pewnym defektem genetycznym – mówi Sean M. – Nasze psy zostały „zaprogramowane” tak, aby zabijały inne psy. Wyłącznie psy.


Vanny wygrała wszystkie swoje walki: w Niemczech, Holandii, USA i Meksyku. Stosowała bokserską taktykę. Nacierała, by po chwili się wycofać. Dopiero gdy jej przeciwnik zziajany tracił oddech, suka przystępowała do ostatecznego ataku. Dlatego jej mecze – jak ludzie „z branży” nazywają walki psów – trwały nawet do dwóch godzin. I były niezwykle krwawe, bo Vanny wielokrotnie gryzła i sama była gryziona. Po walce wyglądała „jak po bombardowaniu” – wspomina jej właściciel.


Przygotowanie do każdego „meczu” jest tak monotonne, jakby wymyślił je enerdowski szkoleniowiec: 90 minut biegu po specjalnej bieżni, dwie godziny spaceru, a potem 30-minutowy masaż. Co dwa tygodnie psy muszą mieć badaną krew – kontroluje się poziom nasycenia tlenem, ponadto podaje specjalne koktajle witaminowe i anaboliki. Ta faza przygotowań rozpoczyna się na osiem tygodni przed każdą walką. Plan treningów nie obejmuje natomiast nauki rzucania się na przeciwnika i zagryzania go. – Pitbull albo umie to od urodzenia, albo należy się go pozbyć – tłumaczy Sean.


Jeśli psy zaklinują się podczas walki, wówczas rozdziela je arbiter, tak jak w boksie. Sędzia za pomocą drewnianego lub plastikowego kija, zwanego breaking stick, podważa i otwiera szczęki zwierząt. Opiekun psa może wtedy przez chwilę odświeżyć zwilżoną gąbką swoje zwierzę, zanim padnie na nowo komenda nakazująca podjęcie walki. Cała procedura powtarza się wielokrotnie aż do momentu, gdy jeden z psów nie może się już dłużej utrzymać na nogach. Wówczas najczęściej zostaje zagryziony przez zwycięzcę. Niektóre zwierzęta tak zapamiętują się w krwawym amoku, że zdychają z wyczerpania. Taka historia przydarzyła się suce Seana wabiącej się Cream. Na krótko przed pokonaniem rywala po prostu padła martwa.



Krwawa Tia
W mieszkaniu Seana wiszą pamiątki po wielkich walkach, ale przede wszystkim zdjęcia muskularnych psów. Pośród nich fotografia leniwie rozwalonej suki Tia. Jej także, oprócz Vanny, darował życie. – Ona zawsze była taka flegmatyczna – mówi Sean. Tylko na arenie Tia zmieniała się w killera. – Natura obdarzyła ją instynktem, który próbowaliśmy zaszczepić wszystkim naszym psom.


Cztery lata temu w USA, podczas najważniejszej walki, jaką stoczyła Tia, w ustronnej hali zebrało się 500 osób. W trakcie zakładów zawieranych przed meczem z rąk do rąk przeszło 300 tys. dolarów. Widzowie obstawiali zwycięzcę, czas walki i to, czy przegrany pies opuści plac boju żywy czy martwy. Tia od razu dopadła swoją rywalkę i zatopiła kły w jej piersi. Pitbulle zwykle są niewrażliwe na ból, dlatego też nigdy nie skomlą. Ale w tym przypadku pies zaczął wyć. Po 23 minutach – opowiada Sean – było już po sprawie. A on wzbogacił się o 80 tys. dolarów.


Tia triumfowała pięć razy i wszystkich pięciu przeciwników opuściło arenę martwych. Trzy lata temu otrzymała od „Fat Billa” Reynoldsa, byłego wydawcy pisemka dla amatorów walk psów „American Gamedog Times”, tytuł Grand Champion. Wkrótce potem „Fat Bill” trafił do więzienia oskarżony o działalność w zorganizowanej grupie przestępczej. Właśnie od czasu pamiętnej walki Tii w USA Sean zaczął uchodzić za jednego z bossów „branży”.


Jednak nawet u Seana nie zawsze wszystko szło gładko. Gdy suka o imieniu „187” – liczba ta w kodzie policji amerykańskiej oznacza morderstwo – w pierwszej walce załatwiła swojego przeciwnika zaledwie w siedem minut, a drugiego w kwadrans, wszyscy byli przekonani, że zwierzę jest nie do pokonania. Jeszcze przed trzecią walką, licząc na łatwą wygraną, Sean zamówił sobie nowy samochód za 35 tys. euro. – Ale nagle „187” przestała walczyć i znieruchomiała na arenie – opowiada Sean. Po 20 minutach wziął psa na ręce i zabrał go. Na psi cmentarz w lesie.


Skretyniali macho
Dlaczego tym niezwykle krwawym, brutalnym i nielegalnym walkom psów nie przeciwdziała policja? Stróżom prawa jest niezwykle trudno przeniknąć do zamkniętego światka organizujących je ludzi. – Tego typu dochodzenia są skomplikowane – mówi komisarz z wydziału kryminalnego policji w Marburgu Eckhard Lambach. – Osoby zamieszane w proceder walk psów są bardziej dyskretne niż środowiska pedofilów.


Czasami się jednak udaje. Marburska policja aresztowała dwóch braci uważanych za szefów „branży” w Niemczech. Sąd skazał jednego z nich za 40 rozmaitych wykroczeń na cztery i pół roku więzienia. Jednak większości spośród niemieckich hodowców nie wykryto.



Spowodowane akcją policji napięcie wśród „ludzi z branży” szybko opadło i interes znów rozkwitł, nawet bujniej niż poprzednio. Powstały nowe areny do walk psów, często w halach magazynowych i stodołach. Hodowcy zaczęli także spotykać się o świcie w dyskotekach, gdy ostatni zwykli goście opuszczali lokal. Psy Seana walczyły nawet w jednym z hamburskich klubów gejowskich przy ulicy Reeperbahn.


Zapewne jednak policja znowu zainteresuje się walkami psów i to z jeszcze większą energią. W ciągu ostatnich dwóch lat nastąpiła bowiem niespotykana wcześniej „w branży” eskalacja przemocy nie tylko między zwierzętami, ale również ludźmi. Dzieje się tak za sprawą amatorów hazardu z Rosji, którzy pojawili się na arenach walk. Z nowymi pieniędzmi i nowymi psami, kupowanymi w Ameryce, a nie hodowanymi samodzielnie.


Wraz z nadejściem Rosjan zwyczaje zaczęły się zmieniać. Teraz walki niejednokrotnie kończą się dzikimi burdami – wcześniej tylko popijawą. Poza tym „skretyniali macho” ze Wschodu potrafią po przegranym pojedynku powiesić pitbulla na najbliższym drzewie albo zatłuc na śmierć młotkiem. – To niepotrzebne okrucieństwo w porównaniu ze strzałem w kark z czterdziestki czwórki – uważa Sean. Niemiec niedawno wycofał się z interesu. Mówi, że to wszystko stało się za mało sportowe. Jak dla niego.

Autor: Udo Ludwig - DER SPIEGEL





krzyczaca-w-ciemnosci 2005-09-26 21:49:38
skomentuj (14)
Stop kłusownictwu!!!




Kłusownictwo istniało zawsze.
W średniowieczu,ludzie chadzali na wyprawy w celu zdobycia pożywienia, lub ot tak sobie, dla zabawy i rozrywki. Trudno im sie dziwić, wtedy, najczęściej tylko w ten sposób mogli wyżywić swoje rodziny, a i w rodach szlacheckich była to swego rodzaju tradycja. Ludzie nie byli na tyle wykształceni by zdawać sobie sprawę z tego, że zwierzęta też mają uczucia, tak samo się boją, czują ból. Lecz teraz, gdy żyjemy w czasach nauki, techniki i mocno rozwiniętego przemysłu, kłusownictwo istnieje nadal. Różnica polega na tym, że jest zakazane i karane (teoretycznie) prawnie. Takie zachowanie jest najczęściej przejawem, czerpania przyjemnośći z zadawania bezpodstawnego cierpienia. Zwierzęta są bezbronne i bezsilne wobec ludzkich wynalazków takich jak sidła, wnyki i broń palna. Szaleją ze strachu ścigane przez psy myśliwskie. Dla zdobycia futra, mięsa, (którego przecież mamy pod dostatkiem, a nawet w nadmiarze) zwierzęta umierają w potwornych mękach, zwłaszcza schwytane w sidła lub wnyki. Samookaleczają się, odgryzając kończyny z przerażenia. Na szczęście istnieje wiele organizacji, które przeciwstawiaja sie takim praktykom. A oto kary za klusownictwo (ustanowione przez prawo):

Przepisy karne

Art. 51. 1. Kto:
1)strzela do zwierzyny w odległości mniejszej niż 500 m od miejsca zebrań publicznych w czasie ich trwania lub w odległości mniejszej niż 100 m od zabudowań mieszkalnych,
2)wybiera jaja, pisklęta lub niszczy gniazda ptaków łownych,
3)przetrzymuje zwierzynę bez odpowiedniego zezwolenia,
4)pozyskuje zwierzynę inną lub w większej liczbie, niż przewiduje upoważnienie wydane przez dzierżawcę lub zarządcę obwodu łowieckiego,
5)niszczy urządzenia łowieckie- podlega karze grzywny.
2. W przypadkach określonych w ust. 1 orzekanie następuje w trybie przepisów o postępowaniu w sprawach o wykroczenia.

Art. 52. Kto:
1)wytwarza, przechowuje lub wprowadza do obrotu narzędzia i urządzenia określone w art. 53 pkt 5, a służące z przeznaczenia do kłusownictwa,
2)wchodzi w posiadanie bezprawnie pozyskanej tuszy lub trofeów zwierząt łownych,
3)bez posiadania koncesji wprowadza do obrotu zwierzynę żywą lub mięso zwierzyny ubitej,
4)hoduje lub utrzymuje bez zezwolenia charty rasowe lub ich mieszańce,
5)sprawując zarząd z ramienia dzierżawcy, a w obwodach nie wydzierżawionych z ramienia zarządcy, zezwala na polowanie osobie nieuprawnionej do wykonywania polowania lub na przekroczenie zatwierdzonego w planie łowieckim pozyskania zwierzyny - podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Art. 53. Kto:
1)poluje na przelotne ptactwo łowne na wybrzeżu morskim w pasie 3000 m od brzegu w głąb morza lub 5000 m w głąb lądu,
2)poluje z chartami lub ich mieszańcami,
3)poluje w czasie ochronnym,
4)poluje nie posiadając uprawnień do polowania,
5)(18) wchodzi w posiadanie zwierzyny za pomocą broni i amunicji innej niż myśliwska, środków i materiałów wybuchowych, trucizn, karmy o właściwościach odurzających, sztucznego światła, lepów, wnyków, żelaz, dołów, samostrzałów lub rozkopywania nor i innych niedozwolonych środków,
6)nie będąc uprawnionym do polowania wchodzi w posiadanie zwierzyny- podlega karze pozbawienia wolności do lat 5.

Art. 54. 1. W razie skazania za czyny wymienione w art. 52 i art. 53, sąd może orzec przepadek broni, pojazdów, narzędzi i psów, przy użyciu których dokonane zostało przestępstwo, a także przepadek trofeów, tusz zwierzyny i ich części.
2. Orzeczenie o przypadku, o którym mowa w ust. 1, może dotyczyć również przedmiotów nie stanowiących własności sprawcy.


Jak straszna śmierć czeka zwierze, które nieopatrznie włoży głowę w tą pętlę???







To są ofiary ludzkiej bezmyślności i braku wyobraźni. Jeśli kiedyś będziesz w lesie, zawsze sprawdzaj kijem drogę, którą masz zamiar iść. Unieszkodliwiasz w tej sposób sidła. Rozglądaj się i w razie potrzeby likwiduj wnyki. Możesz w ten sposób uratować niewinne życie!!!



krzyczaca-w-ciemnosci 2005-08-07 14:36:40
skomentuj (5)
Śmierć ma wiele obliczy



Hiszpańskie byki

Gonitwa w Pampelunie ma wieloletnią tradycję. Ginie w niej co roku kilkadziesiąt byków. Ale nie jest to równa walka – zwierzętom smaruje się oczy wazeliną, by nie mogły celnie atakować przeciwników, pobudza do biegu prądem i rozgrzanymi prętami. Zwierzęta biegną na oślep, tratując się nawzajem, nie brak więc krwi i otwartych złamań. Nocą byki, które brały udział w biegu, są zabijane w rzeźniach. Zwolennicy tej imprezy twierdzą, że bieg ma wielowiekową tradycję. Tylko czy tradycją można usprawiedliwiać koszmarne okrucieństwo? Ponadto 69 proc. Hiszpanów deklaruje, że nie jest zainteresowana walkami byków. Walki i gonitwy byków nie mają nic wspólnego z tradycją i kulturą. To krwawy sport nie dający najmniejszych szans zwierzętom: dorabianie tu jakiejkolwiek ideologii jest po prostu żałosne.

W tegorocznych biegach w Pampelunie rannych zostało w sumie 460 osób, o 30 więcej niż rok temu. Dla 28 osób bieg zakończył się w szpitalu. „New York Times” podaje, że 90 proc. turystów, którzy byli świadkami pampeluńskiej gonitwy, twierdzi, że za żadne skarby świata nie chciałaby jej oglądać raz jeszcze, tak okrutne jest to widowisko. Większość z nich nie wytrzymała do końca.

„Human race” został wymyślony przez organizację PETA (People for the Ethical Treatment of Animals), słynącej z niecodziennych i często kontrowersyjnych pomysłów. Pomysłodawcy chcieli pokazać, że turystów można przyciągnąć i bez rozlewu krwi zwierząt. Odbywający się dwa dni wcześniej bieg golasów zwabia do Pampeluny więcej obserwatorów niż bycza gonitwa.

Tegoroczny bieg golasów odbywał się po raz czwarty i jak podaje PETA, po raz pierwszy bez żadnych komplikacji. Wzięło w nim udział setki biegaczy z Kanady, USA i prawie wszystkich krajów Europy. Większość z nich odziana była w czerwone szaliki i plastikowe rogi. Mniej odważni mogli biec ubrani, warunkiem był biały strój. Bardzo często obserwatorzy przyłączali się do biegu. Wszyscy doskonale się bawili.
Wszyscy przeżyli.




Zwierzęta cyrkowe

Zwierzęta cyrkowe większość swego życia spędzają w ciasnych klatkach przeznaczonych do transportu, za kratami. Swoje więzienie opuszczają tylko na chwilę, by trafić pod bat tresera. Elementem tresury jest bicie zwierząt po nosach, dźganie szpikulcami i używanie płytek podłączonych do prądu, by nauczyć je tańca.

Zwierzęta cyrkowe znajdują się w obcych warunkach klimatycznych, z dala od przedstawicieli tego samego gatunku. Foki i niedźwiedzie cierpią w letnie upały, a zwierzęta tropikalne w jesienne chłody. Te warunki prowadzą do powstania tzw. zoopsychoz, czyli rozmaitych lęków, fobii, czy anomalnych zachowań zwierząt pozostających w niewoli.

Organizacje zajmujące się prawami zwierząt od lat walczą o wyeliminowanie rozrywki kosztem zwierząt. Dzięki nim Ministerstwa Edukacji Narodowej wydało zalecenie, aby w szkołach dzieci nie otrzymywały biletów do cyrków, w których występują zwierzęta, a TVP nie transmitowała występów zwierząt podczas cyrkowego festiwalu.

Na świecie walka z cyrkami trwa już od dawna. Cyrki, w których prowadzi się tresurę zwierząt, mają zakaz wjazdu do Skandynawii (dopuszczalna jest tam tresura koni i psów), około 160. miast Wielkiej Brytanii, 13. Australii, 2. Nowej Zelandii, niektórych z miast w Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. W Polsce zakaz taki wydały władze Bielska-Białej.

Kilka faktów z życia polskich cyrków: koń zostawiony w agonii, kiedy cyrk odjechał, nieżywa foka koło torów kolejowych, zastrzelony omyłkowo podczas obławy na zbiegłe tygrysy weterynarz.
Psychologowie twierdzą, że oglądanie tresury dzikich zwierząt nie ma najlepszego wpływu na psychikę dzieci. Reprezentanci organizacji ekologicznych nawołują do brania udziału w pikietach pod cyrkami. Dużo jeszcze do zrobienia.




Futra, ryby, konie

Na początku tego roku stowarzyszenie „Empatia” podjęło akcję uświadamiającą obywatelom, czym naprawdę są futra naturalne i jak powstają. Na ulicach dużych miast pojawił się billboard, na którym piękna kobieta, aktorka Persia White, trzymała oskalpowanego lisa. Obok widniał wielki napis: „Oto reszta pani futra". Plakat o wymiarach 2,3 na 4,5 metra zamontowany został na przyczepie samochodowej i jeździł ulicami miast.

Inna akcja stowarzyszenia to „Dzień ryby”, organizowany przed świętami Bożego Narodzenia, mająca na celu zapobieżenie śmierci milionów karpi, które – rzekomo dla lepszego smaku mięsa – są transportowane i sprzedawane żywe, co nierzadko kończy się ich śmiercią przez uduszenie. Działacze zastanawiają się, jak to możliwe, że w czasie świąt, kiedy tyle mówi się o miłosierdziu i miłości, tyle niewinnych stworzeń ponosi śmierć w imię tradycji?

W zapobieganiu wywozowi koni na rzeź specjalizuje się organizacja „Viva”. Polacy są – wstyd przyznać – jednymi z czołowych eksporterów koni do Włoch i Francji, gdzie konina jest wielkim przysmakiem. O tym, w jakich warunkach przewożone są konie, długo by mówić – dość, że te urągają wszelkim zasadom. Bardzo często zdarza się, że zwierzęta padają podczas długiej i wyczerpującej drogi, ponieważ nikt ich nie karmi, nie poi, nie wypuszcza na zewnątrz. Udręczone kilkudziesięciogodzinną podróżą przerażone konie prowadzone są od razu na rzeź.




Ta suka bestialsko zaszlachtowana jest gotowa do zdarcia futra, z którego potem powstanie płaszcz...


Kormorany

Z jednej strony zdaje się, że dużo już zrobiono i że w narodzie jest choć szczątkowa świadomość, że zwierzę rzeczą nie jest i że należy mu zapewnić należytą opiekę, ochronę i właściwe warunki do życia. Z drugiej strony zdarzają się historie, od których włos się jeży i które każą wątpić w zdrowy rozsądek Polaków. Ot, choćby czerwcowa, wstrząsająca historia kormoranów z okolic Łodzi, gdzie ktoś wymordował na wyspie, będącej rezerwatem ptaków, setki kormoranich piskląt. Działał sukcesywnie – „opróżnił” wszystkie z trzystu gniazd. Naukowcy, którzy odkryli tę zbrodnię, byli przerażeni – na trawie leżały setki małych piskląt z powyrywanymi nóżkami, skrzydełkami, z poukręcanymi łebkami. Policja podejrzewa, że sprawcą jest któryś z okolicznych hodowców ryb.

Trudno komentować coś takiego.
Ale każdy z nas ma na co dzień do czynienia z podobnym traktowaniem zwierząt. Kto z nas nie natknął się na psa, przywiązanego do drzewa w lesie, albo nie widział brudnej krowy o zapadniętych bokach?

Zwierzęta znacznie gorzej traktowane są na wsiach, gdzie ich wartość ocenia się najczęściej według przydatności – do pracy albo do spożycia. Wciąż jeszcze popularne są metody zabijania chorych psów za pomocą łopaty w stodole czy topienie kociąt w workach z kamieniami. Ale i tak jest lepiej, niż było jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat temu.

Przed nami jeszcze wiele do zrobienia. Nie pozostawajmy obojętni wobec cierpienia naszych braci mniejszych, wszak na zawsze stajemy się odpowiedzialni za to, co oswoiliśmy. Warto o tym pamiętać.




krzyczaca-w-ciemnosci 2005-07-24 01:01:43
skomentuj (6)
Uratowano 7 koni skazanych na śmierć!!!!



Dziś coś bardzo optymistycznego! Ocalono konie, zresztą sami przeczytajcie!

"Czyż nie dobija się koni..."


Nazywam się Małgorzata Woland. Jestem dziennikarką „Faktów i Mitów”. Polecono mi uratować siedem koni. Ocaliłam je z pomocą innej Małgosi!

– W klubie jeździeckim „Kolibki” chcą usypiać wysłużone konie, które mogą jeszcze służyć, np. dzieciom! Pomóżcie je uratować! – zaalarmował redakcję „FiM” pan Mariusz, czytelnik z Elbląga. Bez wahania włączyliśmy się do akcji.
Ośrodek „Kolibki” powstał dziesięć lat temu, kiedy władze samorządowe Gdyni poszukiwały partnera, który doprowadziłby do odrestaurowania zespołu dworsko-parkowego. Zgłosiła się fundacja Ryszarda Krauzego, właściciela Prokomu. Przedstawiono propozycję utworzenia centrum hipoterapii. Pomysł został przyjęty i w niedługim czasie odnowiono wydzierżawione od miasta budynki. Powstały dwie kryte ujeżdżalnie, stajnia i sala gimnastyczna. Dziś „Kolibki” słyną na całą Polskę z doskonale prowadzonej rehabilitacji, z której od początku istnienia ośrodka skorzystało ok. 3500 niepełnosprawnych dzieci.
W tym czasie spółki grupy Prokom przeznaczyły na działalność „Kolibek” ok. 6 mln zł. Obecnie dziesięcioletni okres dzierżawy wygasa i pieczę nad ośrodkiem ma przejąć Urząd Miasta, a temu – jak to zwykle bywa – na wszystko brakuje kasy. Prezydent Gdyni Wojciech Szczurek zapewnia, że przejmując klub jeździecki, władze miasta nadal będą kontynuować program hipoterapii. Co jednak stanie się ze sprawnymi, choć wysłużonymi końmi? Czy muszą paść ofiarą przesunięć na „górze”?
W samych „Kolibkach” warunki panują wzorowe: czyste boksy, świeże siano, duży wybieg. Zwierzęta prezentują się okazale – wyczesane, z błyszczącą sierścią. Wszystko jest w porządku, dopóki mogą służyć ludziom. Wyeksploatowane, stare czy chore czeka śmierć. „Humanitarna”, bo nie w rzeźni, a przez uśpienie. Tymczasem są jeszcze w Polsce ludzie, którym los „niepotrzebnych” zwierząt nie jest obojętny, ludzie, którzy chcą zmęczonym koniom zapewnić zasłużoną emeryturę. Mają odpowiednie warunki, żeby utrzymywać zwierzęta, nie chcą żadnych pieniędzy. Po prostu kochają konie.

Na sen
O planach uśpienia siedmiu wierzchowców z „Kolibek” zrobiło się głośno już w maju, kiedy pogłoski na ten temat wyciekły ze środowiska trójmiejskich weterynarzy. Przygotowano wówczas niezbędne formalności do „zabiegu”, wyznaczono termin, umówiono lekarzy. Wtedy Małgorzata Woźniak, zaniepokojona losem koni właścicielka gospodarstwa agroturystycznego i klubu jeździeckiego „Opończa” pod Elblągiem, wystąpiła najpierw do kierownictwa „Kolibek”, a następnie do Urzędu Miasta Gdyni z propozycją przejęcia, a nawet odkupienia skazanych na uśpienie zwierząt i zapewnienia im dożywocia w swojej stadninie.
Egzekucję, do której nikt się dziś nie przyznaje, wstrzymano, a pani Małgorzata otrzymała wstępną zgodę ze strony dyrektora Urzędu Miasta Gdyni, Jerzego Zająca, na przejęcie koni na zasadzie użyczenia oraz zapewnienie, że w ciągu dwóch tygodni zostaną dopełnione formalności i będzie mogła zabrać zwierzęta.
Ponieważ kilka koni należy do Prokomu, pan Zając miał decyzję co do ich losu skonsultować z dyrektorem zarządu Prokom Software SA – Anną Stopką. Po upływie trzech tygodni od rozmowy z Jerzym Zającem pani Małgorzata nadal nie otrzymała żadnej informacji, kiedy mogłaby przejąć konie. A czas mijał.

Serce koniarza
Na początku każdego lipca konie z „Kolibek” „wyjeżdżają na wczasy”. Opuszczają klub i przez dwa miesiące odpoczywają na wsi. W ciągu ostatnich lat jeździły do Monasterzysk pod Elblągiem, gdzie poznała je pani Małgorzata. – Od pierwszego wejrzenia zauroczyła mnie Kegla, kłusak orłowski z Rosji. Kiedy wypuszczone na nowy teren konie rywalizowały między sobą o przywództwo, Kegla stała z boku i patrzyła na nie z dystansem. Tym mnie ujęła – wspomina właścicielka „Opończy”. – To piękna, rasowa, osiemnastoletnia klacz. Ma chory staw, nie może służyć pod wierzch, ale hipoterapia to przecież nie tylko jazdy, lecz szeroko rozumiany kontakt ze zwierzęciem – głaskanie, czesanie, pielęgnacja... Chory staw na pewno nie jest wystarczającym powodem, aby Keglę zabić!
Kiedy pani Małgorzata skierowała swoją propozycję przejęcia zwierząt do Urzędu Miasta, zewsząd posypały się pytania: Po co chce pani brać te niepotrzebne konie? Co pani będzie z tego miała? Przecież one do niczego się nie nadają. Niestety, dla wielu ludzi koń, na którym nie można już jeździć, staje się mięsem. Zwierzęta, które całe życie służyły człowiekowi, przyjaźniły się z nim i ufały mu, nagle trafiają do uśpienia.
W tym roku konie z „Kolibek” zamiast do Monasterzysk, mają wyjechać na wakacje do Jazowej. Zdrowe z chorymi. Pani Małgorzata ponowiła swoje starania o przejęcie wierzchowców. Chce, żeby te wysłużone od razu trafiły do niej. W każdej chwili jest w stanie zorganizować transport. Czeka tylko na ostateczne „tak” ze strony urzędu i Prokomu. Poprosiła o pomoc bialski klub „Gaja”, ale wszelkie próby interwencji kończyły się chowaniem głowy w piasek przez gdyńskich urzędników.

Końskie łzy
Razem z panią Małgorzatą postanowiliśmy odwiedzić jej pupili w „Kolibkach”. Feralna szóstka akurat jest na wybiegu, a ostatni – siódmy, konik polski – w stajni. Zwierzęta są dobrze utrzymane. Od razu rozpoznają panią Małgorzatę. Domagają się cukru w kostkach i pieszczot. Stadkiem kieruje Sadko – kasztanowy ogier rasy łotewskiej. Pierwszy wyciąga łeb po smakołyki. W mądrych oczach starego konia jest wiele czułości i oddania. Zwierzę rozumie, że ze strony tej drobnej kobiety nie spotka go żadna krzywda.
– Jak mogłabym pozwolić, żeby te konie uśpiono? – pyta pani Małgorzata. Patrzę na brykające po wybiegu łagodne zwierzęta. Naprawdę, byłoby po prostu żal. Z „Kolibek” jedziemy prosto do Urzędu Miasta Gdyni. Dyrektor Jerzy Zając przyjmuje nas w swoim gabinecie i rozpoczyna piękną opowiastkę o tym, jak to społeczność Gdyni kocha zwierzęta, dzieci robią budki dla ptaków... Ach i och. Wszystko bardzo pięknie i chwalebnie, ale w końcu pytam o przyczynę podjęcia decyzji o uśpieniu siedmiu koni: – To bzdura! Jakie uśpienie? Żadnej takiej decyzji nie było. To jakieś plotki – irytuje się pan Zając, ale zaraz łagodnieje. – Czy te konie mają w „Kolibkach” źle? Nikt ich nie chce usypiać. Obecnie rozważamy propozycję użyczenia wysłużonych koni gospodarstwu pani Woźniak – zapewnia wymijająco.
Ufamy w dobrą wolę władz Gdyni, tylko że to rozważanie trwa już parę miesięcy, a nikt do tej pory nawet nie odwiedził „Opończy”, aby skontrolować warunki, jakie pani Małgorzata jest w stanie zapewnić przygarnianym zwierzętom.
– Teraz konie z „Kolibek” mają wyjechać na odpoczynek do Jazowej. Czy wobec tego nie byłoby lepiej, żeby zwierzęta, które już nie mogą pracować, trafiły od razu do mnie? Szybciej by się zaaklimatyzowały – nie ustępuje właścicielka „Opończy”.
– Rzeczywiście, może tak byłoby lepiej – zgadza się ostrożnie pan Zając.
Za trzy dni, po konsultacji z panią Stopką, ma zapaść ostateczna decyzja. Pani Małgorzata wspomina o swojej wielkiej sympatii do Kegli.
– Czy może Pan nas zapewnić, że żadne z tych zwierząt nie trafi do uśpienia? – naciskamy wspólnie.
– Oczywiście, o ile konsylium weterynarzy nie stwierdzi takiej konieczności – pada odpowiedź.
– Wobec tego, czy w sytuacji, kiedy weterynarz przeznaczy jakiegoś konia na uśpienie, a ja podejmę się jego leczenia i utrzymania, to wówczas będę mogła go zabrać? – walczy pani Małgorzata.
– Jeżeli się pani zdecyduje, to tak, oczywiście. Nie widzę przeszkód – odpowiada przyparty do muru dyrektor.
– Mamy pańskie słowo, że konie z „Kolibek” nie będą uśpione?
– Macie.
Na to czekałyśmy.

Uratowane
Pozostaje nam liczyć, że pan dyrektor dotrzyma słowa i konie trafią do „Opończy”. W tym gospodarstwie nowy dom znalazły już niechciane kocięta i kilka psów, które zostały porzucone przez właścicieli, bo były za stare do zabawy. U pani Małgorzaty nie ma niepotrzebnych zwierząt. Każdy jej koń czy pies to jakaś historia, nierzadko smutna. 18- i 20-letnie konie z „Kolibek” u pani Małgorzaty mają szansę przeżyć w spokoju jeszcze kilkanaście lat. Zadbane będą długo cieszyć oczy hodowców i gości. Nie będą pracować, bo choć to szczerze dziwi część naszego bogobojnego społeczeństwa, zwierzę nie musi cały czas służyć. Zwierzę ma prawo po prostu żyć.

MAŁGORZATA WOLAND


Tekst zaczerpnięty ze strony - >Klik<





krzyczaca-w-ciemnosci 2005-07-16 21:34:37
skomentuj (14)
Mięsożerstwo - jak to widzą poeci...



Dla nich ryby skrzelami pracują w szafliku,
mając na ustach ciszę i krwawiące rany.
Dla nich kuchnia nabrzmiewa od wrzasku i krzyku
gardzieli podrzynanych i szyj ukręcanych.
Oni to piją grozę z krwią zabitej kaczki
i warzą głowy dzieci - zadziwionych cieląt.
Wypruwają wnętrzności, krzycząc: flaczki, flaczki
i jedzą je w niedzielę, z rodziną się dzieląc.
Lubią wody na smaku bezradnych piszczeli
wszechzwierzęce girlandy cynicznej kiełbasy,
krwawe raki z piekielnej wyjęte kąpieli
i baraniego ciała brązowe atłasy.
Rozsmarowują trupy na niewinnym chlebie,
obwąchują zająca, czy aby dość skruszał,
z martwym ozorem w zębach czują się jak w niebie
i do cudzego mózgu śmieje im się dusza.
Pożerają, dymiący jak nowe cmentarze,
te stroskane przystawki, te gorzkie potrawy
karki im nabrzmiewają, obwisają twarze,
na których śmieszek hieny zakwita trupawy.
Po pięknookiej sarnie nie noszą żałoby,
ale żrą ją na stypie, w dzień pogrzebu radcy,
i zezują miłośnie do gęsiej wątroby,
bujni brzuchem jedynie, a łysiną gładcy,
a twardzi tylko sercem - i w całej stolicy głośni -
ale mlaskaniem smętni biesiadnicy.

Maria Pawlikowska -Jasnorzewska





krzyczaca-w-ciemnosci 2005-06-29 21:21:04
skomentuj (8)
"Przymusowo pracujące dzieci wołają S.O.S!!"



Co dwunaste dziecko na świecie jest zmuszone do pracy, która zagraża jego zdrowiu i życiu. Termin "przymusowa praca dziecka" odnosi się do sytuacji, w której zdrowie, prawidłowy rozwój i życie dziecka jest zagrożone.



Ich dzieciństwo skończyło się bardzo szybko. Pozbawione prawa do nauki i zabawy oraz normalności czasu dorastania, tracą szansę na lepszą przyszłość. Najwięcej pracujących dzieci mieszka w krajach rozwijających się.



Najważniejszą przyczyną, która zmusza dzieci do pracy jest ubóstwo. Dzieci pracują tak samo ciężko jak dorośli, jednak otrzymują o wiele niższą zapłatę, albo w ogóle jej nie dostają. Liczba dzieci wykonujących jakiś rodzaj pracy sięga 352 milionów.



Wśród nich aż 180 milionów z nich jest zmuszanych do pracy w warunkach zagrażających ich życiu i zdrowiu: w kopalniach, przemyśle chemicznym, rolnictwie i zakładach przemysłowych. W wielu krajach na świecie istnieje duże zapotrzebowanie na pracę nieletnich. W Azji pracuje 19% dzieci, jednak z powodu ogromnej liczby ludności zamieszkującej ten kontynent jest to ponad 127 milionów dzieci.



Pracodawcy chętnie zatrudniają dzieci, wykorzystując ich umiejętności i płacąc dużo niższe stawki niż osobom dorosłym. Dzieje się tak na przykład w Azji, gdzie zdolności manualne najmłodszych są często wykorzystywane przy szyciu ubrań i w tkalniach dywanów. Pracują po 12-16 godzin dziennie w kamieniołomach, fabrykach lub warsztatach, gdzie są wykorzystywane, poddaje się je presji psychicznej, socjalnej i fizycznej.



Jako zapłatę dzieci otrzymują czasami tylko 3 dolary za tydzień pracy (ok. 60 godzin). Młodociani uliczni sprzedawcy, to codzienny widok w wielu krajach trzeciego świata. W większości rozwijających się krajów ulica stała się miejscem pracy, a niejednokrotnie miejscem, gdzie się żyje. Szacuje się, że w Bangladeszu pracuje prawie 5 milionów dzieci w wieku od 5 do 15 lat. Na północnym-wschodzie Tajlandii niektóre rodziny, które są w wielkiej potrzebie sprzedają swe pociechy tzw. "naganiaczom", ci z kolej odsprzedają je innym jako służbę domową, tanią siłę roboczą, lub nakłaniają do prostytucji.



Są służącymi, tragarzami, pomocnikami w warsztatach, pracują w fabrykach. Wiele z nich nie otrzymuje żadnego wynagrodzenia. Często dziecko nie otrzymuje zapłaty, lecz trochę żywności, a czasami jakieś ubranie.
Pozostaje na łasce swego pracodawcy. Sprzedają na ulicach różne towary, czasem siebie...



Zamiast chodzić do szkoły muszą pracować żeby pomóc rodzinie. Od najmłodszych lat uczą się żyć żeby przeżyć. Pozbawione prawa do nauki i zabawy oraz normalności czasu dorastania, tracą szansę na lepszą przyszłość.









krzyczaca-w-ciemnosci 2005-06-12 14:33:46
skomentuj (14)




By Krzyczaca w ciemnosci|